II

|
 Z perspektywy Damona:

 Po wczorajszej imprezie byłem wstawiony, ale przez ostatnie dni zdążyłem się już przyzwyczaić do tego uczucia. Po raz pierwszy od dawna poczułem, że mam dosyć alkoholu i najwyższy czas zrobić sobie od niego przerwę.
 Alaric miał rację, nie mogłem bez przerwy siedzieć i chlać, bo to jedynie pogarszało mój stan. Potrzebowałem się jakoś rozerwać, niekoniecznie w taki sposób jak wczoraj, dlatego zarzuciłem na siebie swoją czarną, skórzaną kurtkę (w której byłem jeszcze przystojniejszy) i nie informując o niczym brata, wyszedłem z domu.
 Popatrzyłem na swoje czarne, lśniące porsche i postanowiłem, że wsiądę do niego i pojadę gdzieś z dala od Mystic Falls. Z dala od wszystkich wspomnień.
 Nie obchodziło mnie to, że jeszcze nie wytrzeźwiałem, choć mogło to stanowić problem dla wielu ludzi. No właśnie, LUDZI. Nie dla mnie.
 Wsiadłem za kierownicę, przycisnąłem gaz i ruszyłem w kierunku Nowego Yorku.


                                                                       ***

 Miałem za sobą zaledwie kilka kilometrów, kiedy został spowodowany wypadek, w którym przy okazji brałem udział. Z początku byłem przekonany, że sam go spowodowałem. Byłem pewien, że potrąciłem jakąś młodą dziewczynę, ale kiedy bliżej przyjrzałem się całej sytuacji zdałem sobie sprawę, że ona sama weszła mi pod koła. Wyglądało mi to na próbę samobójczą.
 Na szczęście było niewielu świadków zajścia, a tych, którzy mieli okazję zaobserwować co się stało, zdążyłem zahipnotyzować w ten sposób, aby o wszystkim zapomnieli i jak najbardziej oddalili się od miejsca zdarzenia.

 Wysiadłem z samochodu i zbliżyłem się do dziewczyny uległej wypadkowi. Przykucnąłem nad nią. To wystarczyło mi, aby upewnić się, że jest nieprzytomna. Gdzieś już widziałem tę twarz, ale nie miałem czasu, aby się nad tym zastanawiać.
 Nie wyczuwałem u niej pulsu, ale nie mogłem tak po prostu zostawić jej na środku ulicy. Wziąłem ją na ręce. Nie miałem z tym trudności, bo była leciutka jak piórko. Zaniosłem ją do swojego pojazdu i położyłem na tylnym siedzeniu.
 Plan mojego rozerwania się w Nowym Yorku szlag trafił, ale plus sytuacji był taki, że wreszcie mogłem zrobić coś pożytecznego. Szybko skręciłem w miejsce, które wyglądało mi na całkiem odosobnione od ludzi i innych istot żywych. Po tym, jak się zatrzymałem od razu zacząłem poić brunetkę swoją krwią.

Z perspektywy Stefana:

Damon wyszedł dziś tak bez słowa, o niczym mnie nie informując. To nie było do niego podobne. Trochę się o niego martwiłem, ale zarazem cieszyłem się, że nie popadł w rutynę polegającą na siedzeniu w domu i pozbywaniu się coraz to większych ilości bourbonu. Miałem nadzieję, że w tej chwili siedzi gdzieś z przyjaciółmi. Jak się okazało, przeliczyłem się.
                                                                      
                                                                        ***
 Jakieś dwadzieścia minut później do mojego domu wparował Enzo. W takim razie, może Damon był z Alariciem. W głębi duszy na to liczyłem, ale drugi kumpel mojego brata zaniepokoił mnie swoją wizytą.
-Jest Damon? – w jego głosie słyszałem zniecierpliwienie, co ani trochę nie polepszało sytuacji.
-Nie ma go. Wyszedł.
-Dokąd? – wampir nerwowo rozejrzał się po pomieszczeniu.
-Nie wiem. Coś się stało? – Sam nie wierzyłem w to, że tak po prostu rozmawiam z Enzo, w ogóle nie miałem na to ochoty, ale w tym momencie nie pozostawiał mi wyboru.
-Chciałem się z nim dzisiaj zobaczyć, dzwoniłem do niego kilka razy, ale nie odbiera… Miałem nadzieję, że ty mi powiesz co się dzieje.
-Damon ma różne głupie pomysły, niedługo powinien się odezwać… - próbowałem uspokoić Enzo, ale prawda jest taka, że sam nie byłem przekonany do tego, co mówię.
-Wiedziałem, że mi pomożesz – nie miałem żadnego problemu z wyczuciem sarkazmu w jego słowach. – W jednym muszę przyznać ci rację. Damon ma głupie pomysły – powiedział, kładąc nacisk na słowo „głupie”. – W szczególności teraz, kiedy nie ma Eleny.

Z perspektywy Damona:

 Minęła chwila zanim usłyszałem jej bicie serca, zanim otworzyła oczy. A kiedy już to zrobiła, zauważyłem, że ma rozszerzone źrenice. Była naćpana. Teraz już byłem pewien skąd ją znam. To ta sama dziewczyna, którą spotkałem w klubie i wziąłem za Elenę. Zastanawiałem się czy to przypadek, że po raz kolejny spotykam ją na swojej drodze.
-Co się stało? – po jej głosie było słychać, że jest bardzo osłabiona.
-Ty mi powiedz, bo nie rozumiem dlaczego wlazłaś mi pod koła.
-Ja cię znam – powiedziała, przyglądając się mojej twarzy oraz ignorując moje słowa.
-Tak, spotkaliśmy się już. Eleno, powiesz mi…
-Jak mnie nazwałeś? – przerwała mi, uświadamiając mi przy okazji jakim jestem idiotą. Dlaczego ona tak bardzo przypomina mi Elenę?
-Przepraszam.
-Kim jest Elena?
-Nieważne. Wolałbym wiedzieć kim jesteś ty.
-Mam na imię Thea – odparła ledwie słyszalnym głosem.
 Spojrzałem na brunetkę ze współczuciem, była taka przestraszona. Wyglądała, jakby się mnie bała. Miała do tego powody, ale nie mogła być ich świadoma. Poza tym, o dziwo, w ogóle nie korciło mnie, aby zrobić jej krzywdę. Może to dlatego, że z nieznanych mi powodów widziałem w niej Elenę.
-Dobrze, więc Thea… - podjąłem, tym razem używając jej prawdziwego imienia. – Masz świadomość, że prawie cię zabiłem?
-Tak. I nie rozumiem dlaczego mnie uratowałeś – „Ja też tego nie rozumiem” – powiedziałem do siebie w myślach.
-Zrobiłaś to celowo?
 Thea nie odpowiedziała mi ani słowem. Zamiast tego potrząsnęła głową i spojrzała na mnie swoimi rozszerzonymi źrenicami. Wzięła głęboki wdech i zaczęła szlochać.
 Nie wiedziałem jak mam się zachować. Nigdy nie myślałem, że spędzę jakikolwiek dzień ze swojego życia ratując jakąś nastolatkę od samobójstwa. Nawet nie podejrzewałem, że będę siedział z nią w moim porsche, obserwując jak płacze. A najdziwniejsze jest to, że było mi jej tak strasznie szkoda. Dłonią starłem jej łzy z policzków, ale nie zadawałem więcej pytań. Czekałem, aż sama zdobędzie się na to, żeby coś powiedzieć.

-To mnie zabija – odezwała się w końcu. Domyślałem się o co chodzi, ale nie chciałem tego okazywać, więc kulturalnie czekałem aż kontynuuje. – Chciałam to przyspieszyć.
-Przyspieszyć?
-Swoją śmierć – wyjaśniła. – Mam z tym problemy… - rzekła cicho, wyciągając z torebki woreczek zawierający amfetaminę.

 To było zrozumiałe. Dziewczyna musiała być naprawdę uzależniona i ewidentnie sobie z tym nie radziła, skoro była zdolna do pozbawienia życia samej siebie. Sam siebie nie poznawałem, nie miałem pojęcia co we mnie wstąpiło, ale zapragnąłem jej pomóc. Nie wiedziałem tylko jak, dlatego wyrwałem z jej drobnej dłoni narkotyk i wyrzuciłem przez szybę.
-Mam tego więcej… - powiedziała niechętnie, tak jakby za chwilę znowu miała się rozpłakać.
 Nie zwlekałem długo, tylko wyrwałem jej z rąk torebkę, w której pod stertą kosmetyków i innych zbędnych, jak dla mnie przedmiotów skrywała spore ilości amfetaminy. Ani przez moment nie wahałem się, aby wysypać to wszystko na zewnątrz. Robiłem to tylko i wyłącznie dla jej dobra.
-Ehm, co ty robisz… No właśnie, nawet nie poznałam twojego imienia – uprzytomniła sobie Thea.
-Chcę ci pomóc. Jestem Damon – przedstawiłem się.
-Miło mi… Damon – moje imię wypowiedziała z wahaniem. – Ale to nie działa w ten sposób.
-Domyślam się… - nagle poczułem doskwierający głód. Miałem przy sobie zapasy krwi, ale nie mogłem pozwolić sobie na pożywianie się przy Thei, nie mogłem tak od razu ujawnić przed nią kim jestem. Najgorszy był jednak fakt, że przez ten nieszczęsny wypadek Thea miała poharataną twarz i ciężko było powstrzymać mi się od wysączenia krwi z jej ran.
-Damon, co się dzieje z twoją twarzą? – nastolatka wyglądała na jeszcze bardziej wystraszoną niż przedtem. Wszystko szło tak dobrze, aż tu nagle mój wampiryzm musiał wszystko zepsuć. Nie mogłem tego tak zostawić.  Odwróciłem wzrok od dziewczyny i jak najszybciej się da pożywiłem się swoimi zapasami krwi z torebek.
 Gdy zaspokoiłem już swój wampirzy głód, z powrotem odwróciłem się w stronę nastolatki, która patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i ustami. Była jak sparaliżowana, musiała się naprawdę przestraszyć. Byłem zmuszony ją zahipnotyzować. Spojrzałem głęboko w jej brązowe oczy i powiedziałem:

-„Zapomnij o tym co wydarzyło się w ciągu ostatnich dziesięciu minut. Zapamiętaj mnie jako osobę, która pomogła ci po wypadku i pozbyła się twoich prochów, wyrzucając je przez okno. Na tym skończyliśmy.”
_______________________________________________________________________________
Tak więc jak widzicie mamy nową, ćpającą bohaterkę :D Jak na razie nie ma tu nic romantycznego, ale i tak czekam na hejty od psychofanek Deleny xd A tak na poważnie.. Chciałam tylko powiedzieć, że nie wiem czy ktoś tu ogląda Arrow, ale jeśli tak, to to, że nazwałam ją Thea, nie ma żadnego związku z Theą Queen, po prostu spodobało mi się to imię w tym serialu i stwierdziłam, że będzie pasowało do mojej bohaterki. I wiem, że moje ff trochę odbiega od samego TVD, ale staram się być oryginalna. Jednak ocena należy już do Was, jeśli to czytacie, to chyba żaden problem zostawić komentarz z Waszą opinią? :) Zarówno ten pozytywny, jak i negatywny powinien mnie zmotywować ;) Ale pisząc negatywny, nie mam na myśli hejtu typu "chujowe", tylko taki, który zawiera konstruktywną krytykę. Pozdrawiam.

I

|
Z perspektywy Damona:

 Obiecałem sobie, że dla Eleny spróbuję ruszyć dalej, ale to jest jeszcze  trudniejsze niż sobie wyobrażałem. Nie mogłem przestać o Niej myśleć, nieważne co robiłem, gdzie byłem. Wciąż miałem przed sobą obraz pięknej brunetki, z równie ładnymi brązowymi oczami, spoglądającymi w moją stronę.
 Siedziałem i zapijałem się coraz to większymi ilościami bourbonu. Liczyłem na to, że alkohol, przynajmniej na chwile będzie w stanie ukoić mój ból i pozwolić Elenie odejść w zapomnienie, jednak za każdym razem się rozczarowywałem.
 W końcu wziąłem butelkę i gwałtownym ruchem rzuciłem ją przed siebie. Szkło roztrzaskało się z głośnym hukiem, a resztki alkoholu spływały po podłodze. Poczułem dziwną ulgę, kiedy to się stało. Oczywiście, nie obeszło się bez czyjejś reakcji na ten dźwięk. Za chwilę przed oczami stanął mi mój najlepszy przyjaciel, Alaric Saltzman. Znajdował się on w podobnej sytuacji, co ja. Również stracił swoją ukochaną, Jo, co pomagało nam się wzajemnie zrozumieć i wspierać.

-Damon, co ty wyprawiasz?
-Nic – odpowiedziałem oschle. Odkąd zabrakło Eleny, w stosunku do każdego byłem zimny jak lód. To zachowanie nie było dla mnie jakąś szczególną nowością, tyle że kiedyś potrafiłem zachować granicę. Obecnie moi przyjaciele byli wobec mnie aż nadto wyrozumiali. Nie potrafiłem okazać im za to wdzięczności.
 Alaric podszedł do mnie i położył mi swą dłoń na ramieniu.
-Słuchaj stary, wiem że jest ci ciężko… - przewróciłem oczami, kiedy zaczął wykładać tę przemowę. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę w jak trudnej sytuacji się znajduję, uświadamianie mi tego było naprawdę zbędne. Nic nie irytowało mnie tak, jak litowanie się nade mną. Z tego powodu byłem zmuszony przerwać Saltzmanowi.
-Ric, daj spokój… Każdy z nas teraz przechodzi ciężki okres, dlaczego wy wszyscy musicie litować się nade mną?!
-Damon, spójrz na siebie… Od dwóch tygodni nie robisz nic poza siedzeniem i chlaniem. Nie możesz tak żyć.
 Westchnąłem ciężko, nie wiedząc co powiedzieć.
-Nadal ją kochasz, prawda?
-Tak – odrzekłem szczerze. – Zawsze będę ją kochał.
-Musisz zmienić to podejście.
-Słucham? To nie podejście, to czysta świadomość – powiedziałem, sięgając po kolejnego łyka bourbonu.
-Damon, zawsze to w twoim przypadku bardzo długo. Powiedz, czy nie czułeś kiedyś tego samego do Katherine? Kochałeś ją, prawda? Kochałeś ją, tak samo jak Elenę, a może nawet bardziej. Wtedy też wydawało ci się, że to miłość na całe życie, prawda? Dopóki nie poznałeś Eleny.
-To nie to samo… Katherine była suką. Nadal nią jest. Martwą suką. A Elena…
-Rozumiem. Myślałem w identyczny sposób o Jennie. A później pojawiła się Jo. Pomyśl, że za jakiś czas natkniesz się na kogoś, do kogo poczujesz to samo, a przynajmniej coś podobnego co do niej. Ale na razie dosyć tych przemyśleń. Chodź.
-Dokąd?
-Zgarniamy resztę chłopaków i idziemy stąd. Nie pozwolę, żebyś ciągle siedział tutaj i zapijał swoje smutki w samotności.
 Uśmiechnąłem się. Jeśli jakimś cudem Bóg istnieje to mogłem być Mu wdzięczny za to, że mam takiego przyjaciela.

Z perspektywy Stefana:

 Bardzo martwiłem się o swojego brata. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo cierpiał. Dopóki nie poznał Eleny był samotnikiem i zawsze ze wszystkim radził sobie sam. Nigdy nie pochwalałem jego trybu życia, ale doskonale zdawałem sobie sprawę przez co przechodził. Cieszyłem się, że dzięki Elenie stawał się lepszym człowiekiem, nawet jeżeli równocześnie cierpiałem patrząc na ich związek. Ja również tęskniłem za Eleną i nie miałem pojęcia jak pomóc Damonowi.
 Na szczęście okazało się jednak, że nie jestem jedyną osobą, w której mój brat ma wsparcie. Ujrzałem Alarica, który stojąc przy swoim przyjacielu wyglądał naprawdę dobrze. Damon nawet jak na wampira był strasznie blady i miał podkrążone oczy, ale po raz pierwszy od dawna zobaczyłem go bez alkoholu w ręku.

-Dokąd idziecie? – zapytałem.
-Chciałeś powiedzieć idziemy – powiedział Saltzman i nie zabrzmiało to jak pytanie.
-Zaraz, Stefan też? – Damon wydał się zaskoczony.
-Zdążyłem zadzwonić też po Enzo.
Ta wiadomość mi się nie spodobała. Nie przepadałem za Enzo, tak jak i on za mną, ale nie skomentowałem tego, bo to przyjaciel mojego brata, a zdawałem sobie sprawę, że tutaj chodzi o jego dobro.
 Wówczas Enzo stanął w progu. Przez ułamek sekundy spojrzał na mnie nienawistnym wzrokiem, po czym odwrócił się w stronę Damona.
-Idziecie? – zapytał, jak gdyby nigdy nic.
-Nadal nie dowiedziałem się dokąd – rzekłem zniecierpliwionym głosem.
-Na imprezę – Ric ułożył usta w delikatny uśmiech.
-Chwileczkę – odparłem lekko zakłopotany. – Odciągamy Damona od picia po to, żeby znowu się upił?
-Och, Stefan, błagam cię… - Enzo wywrócił oczami. – Jest różnica między piciem, a… piciem.
Wszyscy prócz mnie wybuchli śmiechem, lecz ja po chwili również się uśmiechnąłem. Dawno nie widziałem takiej sceny. Damon Salvatore, który się śmieje.
-Więc chodźmy – zachęciłem.
 Nikt już nic więcej nie mówił. Po prostu opuściliśmy dom ruszając w stronę pobliskiego klubu, przez co przez chwilę poczułem się jak prawdziwy nastolatek.

Z perspektywy Damona:

 Wstępując do klubu w ogóle nie odczuwałem, że mam na karku te sto siedemdziesiąt lat. Muzyka grała tak głośno, że nie słyszałem własnych myśli. Wokół było mnóstwo ludzi, dlatego też doskonale wtapiałem się w tłum. Alkohol lał się litrami i po raz pierwszy od długiego czasu nie szukałem w nim ukojenia, a jedynie rozrywki.

                                                                       ***

 Impreza przebiegała naprawdę świetnie. Zarówno ja, jak Enzo, Alaric, a nawet Stefan dawno tak dobrze się nie bawiliśmy. Było genialnie, ale bycie wampirem ma też swoje negatywne strony.
 Nagle strasznie zgłodniałem, a otaczające mnie tłumy wcale nie polepszały sytuacji. Przygotowałem się na to i zabrałem ze sobą zapasowe torebki krwi, ale nie mogłem spożywać jej w miejscu, gdzie mogło mnie widzieć tyle ludzi. Dlatego też wziąłem Enzo, który znajdował się najbliżej mnie i wampirzym tempem poszedłem do łazienki. Innymi słowy do miejscówki, do której wszyscy przychodzili ćpać.

-Masz wystarczająco, żeby się ze mną podzielić? – zapytał Enzo, który jak widać również był głodny.
-Trzymaj – na jego szczęście zaopatrzyłem się w zapasy.
-Jesteś wielki.
-Wiem – zaciągnąłem się w krwi - niczym ten chudy chłopak, z ulizaną blond grzywką, ubrany w rurki i koszulę w kratkę, z pozoru w ogóle nie przypominający narkomana – w kokainie.
-Od samego zapachu tych wszystkich dragów można się tu naćpać – rzekł Enzo, a ja musiałem przyznać mu rację.

                                                                       ***

 Gdy byłem już wystarczająco nasycony, miałem wyjść, wrócić na parkiet i bawić się dalej, lecz nagle zobaczyłem coś… Czy raczej kogoś, kto kompletnie zbił mnie z tropu.
-Co się dzieje? – zapytał Enzo.
-Poczekaj – odparłem.
 Nie chciałem teraz tłumaczyć mu, że zobaczyłem Elenę. To znaczy, dziewczynę, która wyglądała jak Elena. Długowłosa brunetka, ubrana w błękitną sukienkę siedziała w kącie i wciągała coś, co przypominało amfetaminę. Wyglądała zupełnie jak Elena, ale przecież to nie mogła być Ona. Elena nigdy w życiu nic nie ćpała, poza tym… Przecież ona nie żyje… Ale nie mogłem tak bez słowa zignorować tej dziewczyny, podobieństwo do Eleny było zbyt uderzające, dlatego ostrożnie do niej podszedłem.

 Kiedy się zbliżyłem zobaczyłem, że to nie Ona. Włosy i figura z daleka wyglądały podobnie, ale jej rysy twarzy i jej oczy wyraźnie różniły się od tych Eleny, choć może to dlatego, że była naćpana? Starałem się być ostrożny, ale gdy na mnie spojrzała miała wyraźnie przestraszoną minę.
-Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć.
-Czego chcesz?
-Ja… pomyliłem cię z kimś. Przepraszam.
-Jak chcesz, żebym się z tobą podzieliła to…
-Nie. Naprawdę cię z kimś pomyliłem – nie dałem jej odpowiedzieć, bo odszedłem i wróciłem do przyjaciela.
 Enzo stał ze skrzyżowanymi rękami i patrzył na mnie wyraźnie niezadowolonym wzrokiem.
-Damonie Salvatore. – powiedział to z taką powagą, jakiej nigdy nie słyszałem z jego ust – Co ty do jasnej cholery wyprawiasz?
-Nic – westchnąłem, bo nie miałem ochoty się tłumaczyć.
-Błędna odpowiedź.
-Myślałem, że to Elena, okej?! – krzyknąłem chyba nieco za głośno, bo wszystkie wzroki skierowały się w moją stronę.
-Po pierwsze, Eleny nigdy nie zobaczyłbyś w takim klubie, szczególnie wciągającej amfę. Po drugie, otrząśnij się! Elena nie żyje, tak? Wiem, że dalej ją kochasz i wiem, że to boli, ale nie możesz w każdej jednej napotkanej brunetce jej szukać.
-Wcale jej nie szukam.
-Damon…
-Chodźmy stąd – wszystkie wspomnienia do mnie wróciły i nie miałem ochoty dłużej uczestniczyć w tej imprezie.
_________________________________________________________________________________
No więc tak, ten rozdział wyszedł mi bardzo...współcześnie. Wiecie, imprezy, picie, ćpanie. Taki XXI wiek :D Przez to nie wiem czy Wam się spodoba, ale uwierzcie mi, że starałam się aby wyszło w miarę ciekawie, jednak ocena należy już do Was. No właśnie... skoro już o tym, to liczę, że pod tym rozdziałem będzie więcej komentarzy niż pod prologiem. ;) Ja naprawdę nie chcę na Was wymuszać, ale wiecie, jak komentujecie to mam motywację, aby pisać dalej... Nawet jak Wam się nie podoba, to będę wdzięczna za konstruktywną krytykę. Z góry dziękuję i przypominam, że jak macie jakieś pytania, to zapraszam tu - ask.fm/Soomerholics4evah



Prolog

|
Jej śmierć nastąpiła tak nagle i niespodziewanie, a jednocześnie obróciła całe moje życie do góry nogami. Przez te wszystkie lata, nigdy nie miałem łatwo. Moje życie było ciężkie, lecz gdy zostałem przemieniony w wampira, odnalazłem w nim sens. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
 Nie każdy stając się wampirem, automatycznie staje się potworem, lecz ze mną niestety tak było. Hipnotyzowanie ludzi, aby spełniali moje najrozmaitsze zachcianki. Wysysanie z nich krwi. Robienie im krzywdy. Wszystkie te czynności sprawiały mi przyjemność. Byłem tym niezaprzeczalnie złym wampirem. Wszystko zmieniło się jednak, kiedy to poznałem Ją.
 Cała historia rozpoczyna się od wątku miłosnego pomiędzy Eleną Gilbert i... moim młodszym bratem. Stefan zawsze miał więcej szczęścia ode mnie. Nie tylko w sprawach sercowych.
 Mimo wszystko istnieją rzeczy, na które wbrew pozorom warto poczekać. Elena dostrzegła mnie dopiero wtedy, gdy dołączyła do mojej rasy. Uczucie, jak również związek z Nią zmieniły mnie o równe sto osiemdziesiąt stopni. Stałem się bardziej ludzki, opiekuńczy. Zacząłem bezinteresownie czynić dobro. Przestałem bezmyślnie zabijać. Odkryłem inny cel swojego istnienia. Było nim spędzenie wieczności u boku młodej, pięknej wampirzycy, zwanej Eleną Gilbert.
 Tymczasem los lubi płatać figle. Nawet takim istotom jak my, wampiry.
 Teoretycznie nie można przestać być wampirem. W praktyce nie ma rzeczy niemożliwych, aczkolwiek nie każdemu zdarza się taka szansa. Elenie się udało, ale nikomu nie wyszło to na dobre.
 Moja ukochana zasnęła z prędkością światła, nigdy więcej się nie budząc. Kiedy Jej zabrakło, moje życie ponownie wypełniła pustka. Wszystko musiałem rozpocząć od nowa.
 Jak sobie z tym poradziłem? Prawdę mówiąc w ogóle.Ona była dla mnie wszystkim, dlatego gdy odeszła, czułem się jakbym został z niczym. Pierwsze, co chciałem zrobić, to wyłączyć swoje uczucia. Nie mogłem znieść bólu, wypełniającego mnie po jej stracie, dlatego najlepszym wyjściem dla mnie było pójście na łatwiznę. Ale na moje nieszczęście, a może i szczęście - miałem jeszcze Stefana.
-Damon, wiem co chcesz zrobić, ale to naprawdę zły pomysł - brat próbował mnie przekonać.
-Masz lepszy? - fuknąłem na niego.
-Wiem, że ją kochałeś i to jest dla ciebie trudne, ale nie tylko ty ją straciłeś. Ja też ją straciłem. Nie chcę stracić i ciebie.
 Zawsze byłem egoistą i te słowa nie powinny robić na mnie żadnego wrażenia, a jednak Stefanowi udało się mnie poruszyć. Nie miałem pojęcia co robić, moje życie na nowo zostało pozbawione sensu.
 Wtedy zdałem sobie sprawę, że Elena by tego nie chciała. Nie chciałaby, abym pogrążał się w rozpaczy, żebym wpadał w depresję, dlatego że tak bardzo za Nią tęsknię. Chciałaby, abym jakoś ułożył sobie życie bez Niej, żebym ruszył dalej. Nieważne jakie to ciężkie. Musiałem spróbować. Dla Niej.
_________________________________________________________________________________
Więc jakiś czas temu pisałam, że zacznę tworzyć nowe fanfiction o Damonie. Nie byłam pewna czy to wypali, ale pomyślałam, że skoro obiecałam to... Nie mogę Was zawieźć po raz kolejny, tym bardziej, że zapewnialiście mnie, że będziecie czytali, tak więc oto jest i liczę na to, że rzeczywiście tak się też stanie. Rozdziały będę dodawała średnio raz w tygodniu, może częściej, może rzadziej. To zależy od wielu rzeczy. Po wakacjach idę do trzeciej gimnazjum, dlatego też mogę nie mieć czasu (ewentualnie w weekendy, ale to też nie jest powiedziane), więc chciałabym wyrobić się z tym blogiem teraz, kiedy mam wakacje. Jeśli już czytacie, to proszę, skomentujcie, bo chciałabym poznać Waszą opinię. Jeśli macie jakieś pytania, zapraszam na aska - @Somerholics4evah